|
Brian Aldiss
Cieplarnia
. 7 .
Cisza panowa�a niemal wsz�dzie w
lesie. Wydawa�o si�, �e zalega takim samym ci�arem jak gruby pok�ad zieleni
pokrywaj�cy ca�y l�d po dziennej stronie planety. By�a to cisza zbudowana z
milion�w lat na�o�onych na siebie, cichn�ca coraz bardziej, w miar� jak s�o�ce
s�a�o z g�ry coraz wi�cej energii w pocz�tkowych stadiach obumierania. �ycie
by�o wsz�dzie, �ycie na ogromn� skal�. Ale nasilenie s�onecznego promieniowania
sprowadzi�o kompletn� prawie zag�ad� na kr�lestwo zwierz�t, przynosz�c triumf
�yciu ro�linnemu. Wsz�dzie panoszy�y si� ro�liny w tysi�cach form i kszta�t�w. A
one nie maj� g�osu.
Nowa grupa pod przewodnictwem Toy posuwa�a si� bezkresnymi
konarami, �adnym d�wi�kiem nie m�c�c tej g��bokiej ciszy. W�drowali wysoko pod
Wierzcho�kami, a wzory �wiat�a i cienia krzy�owa�y si� na ich zielonej sk�rze.
Post�powali z najwi�ksz� ostro�no�ci�, w sta�ej gotowo�ci na wypadek zasadzki.
Strach gna� ich ku pozornemu celowi, cho� w rzeczywisto�ci nie istnia�a dla nich
�adna meta. W�dr�wka stwarza�a potrzebn� im iluzj� bezpiecze�stwa, a wi�c
w�drowali.
Zatrzyma� ich bia�y j�zyk. Opu�ci� si� powolutku tu� przy
nich, pod os�on� pnia. Zje�d�a� bezg�o�nie z Wierzcho�k�w, na kt�rych si�
objawi�, opadaj�c w d� do odleg�ego Dna, tw�r ob�y jak w��, w��knisty, mocny i
nagi. Grupa obserwowa�a, jak si� wyd�u�a, jak jego koniec osuwa si� przez
listowie w mroczne pi�tra lasu i znika z pola widzenia, przep�ywaj�c przed
oczyma niby luzowana lina.
- Wysysol! - oznajmi�a wszystkim Toy
Chocia� jej przyw�dztwo ci�gle by�o niepewne, wi�kszo��
dzieci - wszystkie z wyj�tkiem Grena - skupi�a si� wok� niej, spogl�daj�c z
l�kiem to na ni�, to na ruchomy j�zyk.
- Nie skrzywdzi nas? - zapyta�a najm�odsza, Fay. Mia�a
pi�� lat.
- Zabijemy go - powiedzia� Veggy. By� przecie� dzieckiem
m�czyzn�. Podskoczy� na konarze, a� zagrzechota�a jego dusza. - Wiem, jak go
zabi�, zabij� go!
- Ja go zabij�. - Toy by�a zdecydowana pokaza�, kto tu
przewodzi. Wysun�a si� przed nich i odwin�a z talii lin� z �yka. Reszta
przygl�da�a si� z niepokojem, jeszcze nie dowierzaj�c jej umiej�tno�ciom. Prawie
wszyscy byli ju� m�odymi doros�ymi - mieli szerokie bary, mocne ramiona i d�ugie
palce w�a�ciwe swej rasie. Troje z nich - wysoki procent by�o dzie�mi
m�czyznami: sprytny Gren, samochwalczy Veggy i cichy Poas. Z tej tr�jki
najstarszy by� Gren. On te� wyst�pi� naprz�d.
- I ja wiem, jak pojma� wysysola - powiedzia� do Toy,
mierz�c spojrzeniem d�ug�, bia�� rur�, kt�ra bez przerwy sp�ywa�a w d�. -
Podtrzymam ci�, �eby� nie spad�a, Toy Potrzebujesz pomocy.
Toy obr�ci�a si� do niego. Obdarzy�a go u�miechem, poniewa�
by� pi�kny i poniewa� pewnego dnia mia� j� pokry�. Po czym zmarszczy�a brwi,
by�a bowiem przyw�dczyni�.
- Jeste� ju� m�czyzn�, Gren. Nie wolno ci� dotyka� poza
okresem zalot�w. Wysysola ja pojmam. Potem udamy si� wszyscy do Wierzcho�k�w,
zabijemy go i zjemy. To b�dzie nasze wielkie �wi�to dla uczczenia obj�cia przeze
mnie przewodnictwa nad grup�.
Spojrzenia Grena i Toy skrzy�owa�y si� prowokuj�co. Ale tak
jak ona nie poczu�a si� jeszcze na dobre przyw�dczyni�, tak i on zaledwie
przyjmowa�, z oci�ganiem zreszt�, rol� buntownika. Nie zgadza� si� z koncepcjami
Toy, lecz do tej pory pr�bowa� tego nie okazywa�. Cofn�� si�, obracaj�c w
palcach dusz�, kt�ra dynda�a mu u pasa - male�ka drewniana podobizna jego samego
dodawa�a mu pewno�ci.
- R�b jak chcesz - powiedzia�, ale Toy zd��y�a si� ju�
odwr�ci� plecami.
Na najwy�szych ga��ziach lasu siedzia� wysysol. Ro�linni
przodkowie przekazali mu znikom� inteligencj� i ledwie elementarny system
nerwowy. Wszelkie niedostatki nadrabia� swoj� mas� i d�ugowieczno�ci�.
Ukszta�towany jak pot�ne, dwuskrzyd�e nasienie, nie sk�ada� nigdy skrzyde�.
Zamach mia�y niewielki, jednak ich pokrywa z delikatnych, elastycznych w��kien i
rozpi�to�� jakich� dwustu metr�w czyni�y wysysola w�adc� powiew�w poruszaj�cych
ten cieplarniany �wiat.
Tkwi�c w g�rze, wypuszcza� ze swej torby nasiennej
nieprawdopodobnych rozmiar�w j�zyk, si�gaj�cy w mroczne g��biny lasu, do
niezb�dnych mu sk�adnik�w pokarmowych. Wreszcie koniec j�zyka dotkn��
czu�kowatymi wyrostkami Dna. Ostro�nie, bez po�piechu, bada� czu�ymi mackami
otoczenie, got�w wycofa� si� w ka�dej chwili z tego naje�onego
niebezpiecze�stwami, ponurego regionu. Zwinnie unikn�� gigantycznych ple�niak�w
i grzyb�w. Znalaz� skrawek wolnej gleby, rozmi�k�ej, ci�kiej, pe�nej pokarmu.
Wwierci� si� w ni�. Zacz�� ssa�.
- Wszystko gra. - Toy by�a ju� gotowa. Wyczuwa�a
podniecenie pozosta�ych. - Ani pary z ust!
Przywi�za�a n� do liny. Nast�pnie wychyli�a si� naprz�d i
przeci�gn�a jej lu�ny koniec wok� bia�ego w�a, zawi�zuj�c p�tl�. Zatopi�a
ostrze w drzewie, mocuj�c w ten spos�b ca�� konstrukcj�. J�zyk wyd�� si� po
chwili i rozszerzy� od do�u ku g�rze, kiedy wysysol wci�ga� ziemi� do swego
"�o��dka". P�tla zacisn�a si�. Nie�wiadom niczego wysysol znalaz� si� w
potrzasku i nie m�g� odlecie� z ga��zi.
- Dobra robota! - powiedzia�a z podziwem Poyly. By�a
najbli�sz� przyjaci�k� Toy, gorliwie j� wspieraj�c� we wszystkim.
- Szybko na Wierzcho�ki! - krzykn�a Toy - Teraz, kiedy
nie zdo�a odlecie�, mo�emy go zabi�.
Wszyscy zacz�li si� wdrapywa� na najbli�szy pie�, by
dotrze� do wysysola - wszyscy pr�cz Grena. Nie �eby by� niepos�uszny z natury:
on zna� �atwiejszy od wspinaczki spos�b dotarcia do Wierzcho�k�w. Tak jak
nauczy� si� od niekt�rych doros�ych z dawnej grupy, od Lily - yo i m�czyzny
Harisa, gwizdn�� k�cikiem ust.
- Chod�, Gren! - przywo�a� go Poas. Gdy Gren pokr�ci�
g�ow�, Poas, wzruszywszy ramionami, poszed� �ladem pozosta�ych. Na wezwanie
Grena sp�yn�� w d� g�uszek - oboj�tny na wszystko wirowa� w�r�d listowia.
�opatki mia� roz�o�one. Na ko�cu ka�dego pr�ta parasolki no�nej widnia�y
cudacznie uformowane nasiona. Gren wspi�� si� do g�uszka i przywar�szy ciasno do
jego trzonu, zagwizda� komend�. G�uszek podni�s� go w g�r�, spe�niaj�c ospale
rozkaz, tak �e Gren znalaz� si� w Wierzcho�kach zaraz po grupie, nie zm�czony,
podczas gdy oni dyszeli ci�ko.
- Nie wolno ci by�o tego robi� - powiedzia�a Toy ze
z�o�ci�. - Nadstawia�e� g�owy.
- Nic mnie nie zjad�o - odpar� Gren. Poczu� jednak
przenikaj�ce go nagle zimno, bo wiedzia�, �e Toy ma racj�. Wspinaczka po drzewie
by�a uci�iliwa, lecz bezpieczna. Szybowanie w�r�d listowia, z kt�rego w ka�dej
chwili mog�y wychyn�� szkaradne stwory i �ci�gn�� ci� na d� w otch�anie
zieleni, by�o r�wnie �atwe co niebezpieczne. Wszelako teraz by� ca�y i zdrowy.
Szybciej, ni� my�l�, przekonaj� si� jeszcze o jego sprycie.
Bia�a rura j�zyka pulsowa�a bez przerwy w pobli�u. Sam
stw�r, przycupni�ty tu� nad nimi, toczy� wielkimi, prymitywnymi oczyma,
wypatruj�c przeciwnika. G�owy nie mia�. Mi�dzy sztywno rozpostartymi skrzyd�ami
zwisa� ci�iki, workowaty korpus poc�tkowany guzami rog�wek jego oczu i bulwami
p�czk�w: spo�r�d tych ostatnich stercza�a torba nasienna, z kt�rej to wysun��
si� j�zyk.
Toy poprowadzi�a swoje si�y do ataku na potwora z wielu
stron jednocze�nie.
- Zabijcie go! - zawo�a�a. - Uwaga, skaczemy! Szybko, moje
dzieci!
Spadli na wysysola, niezgrabnie le��cego w szczytowych
konarach, z tak� wrzaw�, �e Lily - yo z w�ciek�o�ci wyskoczy�aby ze sk�ry. Cia�o
wysysola zadr�a�o, skrzyd�a zatrzepota�y w ro�linnej parodii przera�enia.
O�mioro ludzi - wszyscy pr�cz Grena - rzuci�o si� w pierzaste listowie jego
grzbietu, g��boko rani�c zewn�trzn� owocni�, aby dobra� si� do prymitywnego
uk�adu nerwowego. W listowiu czai�a si� groza zupe�nie innego rodzaju. Wyrwana z
drzemki osica wype�z�a spod niskopiennego porostu prosto na Poasa. Zetkn�wszy
si� nos w nos z ��to - czarnym przeciwnikiem tej samej wielko�ci, dziecko
m�czyzna uskoczy�o z piskiem do ty�u. Na Ziemi owego schy�ku dnia,
przesypiaj�cej p�ne popo�udnie swego istnienia, zaledwie kilka rodzin dawnych
rz�d�w b�onkoskrzyd�ych i dwuskrzyd�ych prze�y�o w formie mutant�w.
Najstraszniejsze z nich by�y osice. Veggy skoczy� na pomoc przyjacielowi. Za
p�no. Poas upad� jak d�ugi na plecy: w jednej chwili osica znalaz�a si� na nim.
Kr�g�e pier�cienie jej odw�oka wygi�y si� w �uk i ostrze ��d�a o ry�ym
zako�czeniu, mign�wszy, zatopi�o si� w bezbronnym brzuchu Poasa. Osica porwa�a
ch�opca w przednie i tylne odn�a i z po�piesznym furkotem skrzyde� odlecia�a,
unosz�c sw�j nieprzytomny ci�ar. Veggy cisn�� za ni� no�em w bezsilnej z�o�ci.
Nie by�o ani chwili czasu na op�akiwanie nieszcz�cia. Odpowiednik b�lu przeszy�
ju� wysysola, kt�ry rwa� si� do lotu. Przytrzymywa�a go tylko w�t�a p�tla Toy, a
ona mog�a pu�ci� lada chwila. Gren, skulony pod brzuchem stworzenia, us�ysza�
krzyk Poasa i zorientowa� si�, �e zasz�o co� z�ego. Widzia� szarpanin� kosmatego
cielska, s�ysza� skrzypienie bij�cych powietrze skrzyde�. Sypa�y si� na niego
patyki, trzeszcza�y ga��zie, fruwa�y li�cie. Dygota� konar, do kt�rego si�
przyczepi�. Panika przepe�ni�a jego umys�. Ko�ata�a w nim jedna tylko my�l: �e
wysysol mo�e umkn�� i �e trzeba go zabi� jak najpr�dzej. Ciachn�� na o�lep ss�cy
j�zyk, kt�ry t�uk� teraz o pie� drzewa, usi�uj�c si� wyswobodzi�. Nie maj�c
do�wiadczenia, Gren r�ba� no�em raz za razem, gdzie popad�o. Na �ywej bia�ej
rurze pojawi�a si� rana. Ziemia i mu� bluzn�y z niej, oklejaj�c Grena
nieczysto�ciami zassanymi z Dna. Stw�r zafalowa� konwulsyjnie i rana si�
poszerzy�a. Mimo za�lepienia panik� Gren zrozumia�, co si� wkr�tce stanie.
Roz�o�ywszy d�ugie ramiona, skoczy� do g�ry, uchwyci� za kt�r�� z p�czkowatych
naro�li i przywar� do niej z dr�eniem. Wszystko by�o lepsze od pozostania samemu
w labiryntach lasu; m�g�by nimi w�drowa� przez po�ow� swego �ycia, nie
napotykaj�c innej grupy ludzi. Wysysol walczy� o wolno��. Swymi wysi�kami
powi�ksza� zadan� przez Grena ran�, a� bezustannym szarpaniem wyrwa� j�zyk.
Oswobodzony nareszcie, wzbi� si� w powietrze. W �miertelnej trwodze Gren wdrapa�
si� po w��knach i li�ciach na wielki grzbiet, na kt�rym przycupn�o siedem
przera�onych pozosta�ych istot ludzkich. Do��czy� do nich bez s�owa.
Wysysol wznosi� si� do o�lepiaj�cego nieba. Tam p�on�o
S�o�ce, z wolna sposobi�c si� do dnia swej przemiany w now�, kiedy to spali samo
siebie wraz ze swoj� planet�. A pod wysysolem wiruj�cym jak nasienie jaworu,
kt�re przypomina�, falowa� niezmierzony �wiat ro�linny, podnosz�c si� i
wzbieraj�c beznami�tnie jak gotuj�ce si� mleko, by powita� swe �yciodajne
�r�d�o. Toy krzycza�a, wymachuj�c na kl�czkach no�em.
- Zabi� go! - dar�a si� na grup�. - Zabi� natychmiast!
Posieka� na kawa�ki! Zabi� albo na zawsze po�egna� si� z d�ungl�!
W blasku s�o�ca wygl�da�a przecudnie, jakby jej cia�o by�o
odlane z br�zu. Gren walczy�, my�l�c o niej. Veggy razem z May wyr�bywali wielk�
dziur� w twardej korze wysysola, odrzucaj�c kopniakami od�amki. Nie zd��y�y
jeszcze spa�� na las, gdy ju� drapie�niki zacz�y je sobie wyrywa�. Przez d�ugi
czas wysysol lecia� bez zak��ce�. Ludzie s�abli pr�dzej ni� on. Jednak�e nawet
�wier� �wiadomo�� mia�a granice wytrzyma�o�ci. Wiele ju� ran broczy�o sokiem,
gdy skrzyd�a wysysola zawaha�y si� w swym szerokim, omiataj�cym ruchu. Zacz��
si� zni�a�.
- Toy? Toy! Na �ywe cienie, sp�jrz, dok�d lecimy! -
krzykn�a Driff. Wskaza�a b�yszcz�ce przed nimi zasieki, ku kt�rym opadali.
�adna z m�odych istot ludzkich nigdy nie widzia�a morza, intuicja i z mlekiem
matki wyssana wiedza o zasadzkach ich planety podpowiada�y im jednak, �e zd��aj�
ku �miertelnemu niebezpiecze�stwu. Fragment wybrze�a wychodzi� im na spotkanie.
Tutaj w�a�nie toczy�a si� najbardziej krwawa ze wszystkich bitew o prze�ycie, w
miejscu spotkania stworze� l�du ze stworzeniami oceanu. Czepiaj�c si� pokrycia
wysysola, Gren podpe�zn�� do le��cych obok siebie Toy i Poyly. Zdawa� sobie
spraw�, �e w du�ej mierze by� winien ich obecnym k�opotom, dlatego ze wszystkich
si� chcia� si� okaza� pomocny.
- Mo�emy wezwa� g�uszki i odlecie� bezpiecznie do domu.
- �wietny pomys�, Gren - powiedzia�a zach�caj�co Poyly,
lecz Toy zmierzy�a go oboj�tnym spojrzeniem.
- Ty, Gren, spr�buj zawo�a� g�uszka - poleci�a. U�o�ywszy
usta do gwizdu, zrobi�, jak mu przykaza�a. Gwa�towny p�d powietrza porwa�
d�wi�k. I tak lecieli za wysoko dla nasion sucho�wistu. Gren zaton�� w milczeniu
i odwr�ciwszy si� od nich, obserwowa�, dok�d ich niesie.
- Gdyby ten spos�b cokolwiek by� wart, mnie pierwszej
wpad�by do g�owy - odezwa�a si� Toy do Poyly.
G�upia baba, pomy�la� Gren i przesta� zwraca� na ni� uwag�.
Wysysol wolniej teraz traci� wysoko��: dosta� si� w termiczny komin i szybowa� w
pr�dzie ciep�ego powietrza. N�dzne i sp�nione pr�by zawr�cenia w g��b l�du
wiod�y go tylko r�wnolegle do brzegu, tak wi�c ludzie mieli w�tpliwy przywilej
obejrzenia, co ich czeka.
Wysoce zorganizowana zag�ada rozkr�cona na ca�ego, b�j bez
genera��w toczy� si� przez niezliczone tysi�clecia. Mo�e zreszt� jedna strona
mia�a genera�a, jako �e l�d pokrywa�o to jedno niezmo�one drzewo, kt�re ros�o,
rozprzestrzenia�o si�, rozrasta�o i poch�ania�o wszystko od wybrze�a do
wybrze�a. Zag�odzi�o swych s�siad�w, przeros�o przeciwnik�w. Zawojowa�o ca�y
kontynent a� po terminator dziel�cy dzie� Ziemi od jej nocy. Przezwyci�y�o
niemal czas, jako �e nieprzeliczone szeregi pni da�y mu ci�g�o�� �ycia, kt�rego
kresu nie spos�b by�o przewidzie�, lecz nie zdo�a�o ujarzmi� morza. U jego
brzegu pot�ne drzewo zatrzyma�o si� i cofn�o. W tym odludnym miejscu, po�r�d
ska�, piach�w i przybrze�nych bagien, pokonane przez figowca gatunki drzew
stan�y do ostatecznej rozprawy Wybrze�e by�o im niego�cinnym domem.
Wyn�dznia�e, zdeformowane, niespo�yte ros�y, jak si� da�o. Miejsce, gdzie ros�y,
nazywano Ziemi� Niczyj�, poniewa� przeciwnicy oblegali je z obu stron. Od strony
l�du stan�a przeciw nim milcz�ca pot�ga drzew. Po drugiej stronie musia�y
stawi� czo�o truj�cym wodorostom i innym przeciwnikom n�kaj�cym je bez ustanku.
Ponad tym wszystkim ja�nia�o S�o�ce, nieczu�y sprawca ca�ej tej rzezi.
Ranny wysysol zn�w zacz�� spada� gwa�towniej, a� wreszcie z
do�u dotar�y do ludzi chla�ni�cia wodorost�w. Wszyscy przywarli do siebie,
bezradnie wypatruj�c, co si� stanie. Wysysol spada� bardziej stromo, ze�lizguj�c
si� bokiem. Kluczy� nad morzem, w kt�rego ca�ej strefie przybrze�nej krzewi�a
si� wegetacja wype�niaj�ca nieruchome wody. Z wysi�kiem zawr�ci� w kierunku
w�skiego, kamienistego cypla wrzynaj�cego si� w morze.
- Patrzcie! Tam w dole stoi wie�a! - krzykn�a Toy. Wie�a
g�rowa�a nad p�wyspem: wysoka, cienka i szara, w ich podryguj�cych wraz z
wysysolem g�owach zdawa�a si� przechyla�, gro��c zawaleniem. Lecieli w d�. Lada
chwila uderz� w wiei�. Widocznie dogorywaj�ce stworzenie dostrzeg�o woln�
przestrze� u jej podn�a i uznawszy j� za jedyne bezpieczne miejsce w pobli�u,
skierowa�o si� ku niej. Ale skrzyd�a, trzeszcz�ce jak stare �agle w sztormie,
ju� go nie s�ucha�y. Wielkie cielsko wali�o si� w d�, Ziemia Niczyja i morze
wybieg�y mu na spotkanie; wie�a wraz z p�wyspem si�ga�a ku niemu.
- Trzymajcie si� wszyscy mocno! - wrzasn�� Veggy.
W chwil� p�niej r�bn�li w strzelisty dach, zaryli nosami
od wstrz�su. Jedno skrzyd�o p�k�o i rozdar�o si�, a wysysol przylgn�� do
stromych przy�ciennych filar�w wie�y Toy w lot poj�a, co musi za chwil�
nast�pi�: wysysol spadnie, poci�gaj�c ich ze sob�. Zr�cznie jak kot zeskoczy�a
na wie��, w zag��bienie mi�dzy nieregularnymi szczytami dw�ch przyp�r a jej
g��wn� �cian�. Przywo�a�a pozosta�ych do siebie. Kolejno przeskakiwali na w�sk�
platform�, gdzie chwytano ich i stawiano na r�wne nogi. May zosta�a ostatnia po
drugiej stronie. �cisn�a sw� drewnian� dusz� i skoczy�a na zbawcz� przypor�.
Wysysol bezradnie wodzi� za nimi swym pr��kowanym okiem. Toy zd��y�a zauwa�y�,
�e ostatnie, gwa�towne uderzenie rozszczepi�o do ko�ca wielk� bani� jego
kad�uba. Zaraz potem zacz�� si� ze�lizgiwa�. Okaleczone skrzyd�o osuwa�o si� po
�cianie wie�y. Rozlu�ni� chwyt. Run��. Wychyleni przez naturalny parapet
�ledzili jego upadek. Spad� na go�e kamienie u st�p wie�y. Przekozio�kowa�. Z
w�a�ciw� swemu gatunkowi odporno�ci� trzyma� si� �ycia - podni�s� si� i
zataczaj�c, gramoli� z szarej ha�dy jak pijany, wlok�c za sob� skrzyd�a. Koniec
jednego z nich, omiataj�cy skalisty brzeg p�wyspu, pad� na nieruchom�
powierzchni� morza. Woda zmarszczy�a si� i wype�z�y z niej ogromne, sk�rzaste
warkocze wodorost�w. P�cherzowate naro�le znaczy�y je na ca�ej d�ugo�ci. Prawie
od niechcenia zacz�y biczowa� skrzyd�o wysysola - z pocz�tku ospale, potem
b�yskawicznie przyspiesza�y tempo. Coraz wi�ksza powierzchnia morza pokrywa�a
si� kot�owiskiem wodorost�w, kt�re m��ci�y i siek�y wod� na okr�g�o ju� na ponad
czterystumetrowym odcinku w bezsensownej nienawi�ci do wszelkiego �ycia poza
w�asnym. Po pierwszych razach wysysol podj�� pr�b� wyczo�gania si� z ich
zasi�gu. Ale wodorosty, kiedy ju� o�y�y, si�ga�y zadziwiaj�co daleko i cho� pod
gradem cios�w wyt�a� wszystkie si�y, jego zrywy nie zda�y si� na nic. Niekt�re
z p�cherzowatych wypuk�o�ci ch�osta�y nieszcz�sn� istot� z tak� si��, �e p�ka�y
od uderze�. Ciemna, podobna do jodyny ciecz sika�a z nich, pieni�c si� i
rozpryskuj�c w powietrzu. Tam, gdzie pad�a trucizna, z wysysola wydziela�y si�
cuchn�ce, br�zowe opary.
�adnym krzykiem wysysol nie m�g� sobie ul�y� w b�lu. Ni to
lec�c, ni to pe�zn�c, sun�� wzd�u� p�wyspu w kierunku brzegu, podfruwaj�c, gdy
tylko m�g�, aby unikn�� wodorost�w. Skrzyd�a mu si� tli�y. Makabryczna pla�a
obrze�ona by�a niejednym rodzajem wodorost�w. Szalone pa�owanie usta�o, a
p�cherzowate wodorosty zaton�y w falach, wyczerpawszy na jaki� czas swoje
autotroficzne jestestwa. W ich miejsce wyskoczy�o z toni d�ugoz�bne zielsko,
przeczesuj�c p�wysep kolcami. M��c�c jak cepem, wyrwa�o umykaj�cemu wysysolowi
kilka fragment�w sk�ry, ale prawie zd��y� dotrze� do brzegu, nim go na dobre
zahaczy�o. Z�by wbi�y si� mocno. Coraz wi�cej wodorost�w wyci�ga�o faluj�ce
ramiona do skrzyd�a wysysola, szarpi�c je do siebie. Jego op�r ju� os�ab�;
przechyli� si�, a� wreszcie zwali� we wzburzon� wod�. Ca�e morze zaroi�o si� od
paszcz na jego spotkanie. O�mioro przera�onych ludzi ogl�da�o to wszystko z
wysoko�ci wie�y.
- Nigdy nie zdo�amy wr�ci� pod os�on� drzew - zakwili�a
Fay, najm�odsza, i rozp�aka�a si�.
Wodorosty z�apa�y swoj� ofiar�, ale jeszcze jej nie zdoby�y
- ro�liny Ziemi Niczyjej tak�e zwietrzy�y �up. Niekt�re z nich, �cie�nione
mi�dzy d�ungl� a morzem, pokrewne namorzynom, �mia�o wkroczy�y w wod� ju� dawno
temu. Inne, bardziej paso�ytniczej natury, ros�y na towarzyszach, wypuszczaj�c
wielkie, sztywne, kolczaste �odygi, zwieszone nad wod� jak w�dki. Te dwa
gatunki, do kt�rych b�yskawicznie do��czy�y inne, zg�osi�y roszczenia wzgl�dem
ofiary, podejmuj�c pr�b� odbicia jej morskim nieprzyjacio�om. Wyrzuca�y spod
wody s�kate korzenie przypominaj�ce odn�a jakiej� przedpotopowej ka�amarnicy
Uchwyciwszy wysysola, w��czy�y si� do walki. Ca�a linia brzegu o�y�a w jednej
chwili. Przera�aj�ce zast�py w�s�w i cep�w posz�y w ruch. Wszystko k��bi�o si� w
dzikim transie. Morze zosta�o ubite na py� wodny, kt�ry skry� je cz�ciowo,
zwi�kszaj�c groz�. W g�rze szybowa�y lataj�ce stwory, pi�rosk�ry i lotniaki,
nadci�gn�wszy z lasu po sw�j udzia�. W bezmy�lnej rzezi starto wysysola na
miazg� i zapomniano o nim. Jego porzucone resztki zagubi�y si� w pianie.
- Musimy ju� i��. - Toy wsta�a z determinacj�. - Czas
dosta� si� na brzeg.
Siedem udr�czonych twarzy spojrza�o na ni� jak na wariatk�.
- Tam w dole umrzemy - powiedzia�a Poyly
- Nie - odpar�a ostro Toy. - Teraz nie umrzemy Te
stworzenia walcz� mi�dzy sob�, wi�c b�d� zbyt zaj�te, by nas skrzywdzi�. Potem
mo�e by� za p�no.
Toy nie mia�a absolutnego pos�uchu. Grupa si� waha�a. Kiedy
Toy dostrzeg�a rodz�cy si� sprzeciw, wpad�a we w�ciek�o�� i da�a po uszach Fay i
Shree. Ale g��wnych oponent�w znalaz�a w Veggym i May.
- Zabij� nas tam, zanim si� obejrzymy - odezwa� si� Veggy.
- Nie ma jak dotrze� do bezpiecznego miejsca. Czy� nie widzieli�my przed chwil�,
co si� sta�o z wysysolem, kt�ry by� taki silny?
- Nie mo�emy tu zosta� i umrze� - powiedzia�a Toy ze
z�o�ci�.
- Mo�emy zosta� i czeka�, a� co� si� stanie - wtr�ci�a May.
- Zosta�my, prosz�.
- Nic si� nie stanie. - Poyly stan�a po stronie swej
przyjaci�ki, Toy. - Najwy�ej co� z�ego. Tak musi by�. Sami musimy zatroszczy�
si� o siebie.
- Zginiemy - powt�rzy� z uporem Veggy. Zdesperowana Toy
zwr�ci�a si� do Grena, najstarszego dziecka m�czyzny:
- A co ty s�dzisz?
Gren obserwowa� ca�e to zniszczenie z kamienn� twarz�. Nie
rozpogodzi�a si�, gdy j� zwr�ci� do Toy.
- Ty przewodzisz grupie, Toy. Kto jest w stanie ci�
s�ucha�, musi tak zrobi�. Takie jest prawo.
Toy wsta�a.
- Poyly, Veggy, May i reszta - za mn�! Idziemy teraz, gdy
oni wszyscy s� zbyt zaj�ci, �eby nas zauwa�y�. Musimy wr�ci� do lasu.
Bez wahania przerzuci�a nog� przez kopulasty wierzcho�ek
przypory i zacz�a zje�d�a� stromym zboczem. Nag�a panika, �e mog�aby ich
opu�ci�, opanowa�a pozosta�ych. Poszli za Toy. Przele�li przez parapet,
�lizgaj�c si� i gramol�c za ni�. U do�u zatrzymali si� na chwil�, przyt�oczeni
szarym ogromem wie�y Trwoga wstrzymywa�a ich w miejscu. �wiat wygl�da� p�asko,
nierealnie. Poniewa� ogromne s�o�ce p�on�o dok�adnie nad nimi, ich cienie
k�ad�y si� jak odrobina wi�cej kurzu pod stopami. Wsz�dzie brakowa�o cienia, co
nadawa�o krajobrazowi p�aski wygl�d - by� martwy jak kiepskie malowid�o.
Temperatura przybrze�nej bitwy ros�a. W tej erze, jak
zreszt� zawsze w pewnym sensie, istnia�a tylko natura. Natura by�a pani�
wszystkiego - a wychodzi�o na to, �e rzuci�a przekle�stwo na dzie�o w�asnych
r�k. Toy ruszy�a naprz�d, pokonuj�c obaw�. Gdy bieg�i za ni�, oddalaj�c si� od
zagadkowej wie�y, czuli szczypanie w stopach: kamienie pod ich nogami by�y
poplamione brunatn� trucizn�, kt�ra w �arze wysch�a i utraci�a sw� moc. Zgie�k
bitwy wype�nia� im uszy. Przemoczy�a ich piana, lecz walcz�cy nie zwracali na
nich uwagi, zbyt poch�oni�ci swym bezmy�lnym antagonizmem. Eksplozje ora�y
powierzchni� morza jedna za drug�. Pewne drzewa Ziemi Niczyjej, oblegane
stulecie po stuleciu na w�ziutkim skrawku swojego terytorium, zag��bi�y korzenie
w ja�owe piachy w poszukiwaniu nie tylko pokarmu, lecz tak�e sposobu obrony
przed napastnikami. Odkry�y w�giel drzewny, wyci�gn�y siark�, doby�y azotan
potasu. W swych w�lastych trzewiach oczy�ci�y to i zmiesza�y. Otrzymany proch
strzelniczy w�drowa� zielonymi �y�ami na najwy�sze ga��zie do �upin orzech�w.
Teraz te ga��zie rzuca�y swoje pociski na wodorosty. Nieruchome uprzednio morze
kipia�o pod bombardowaniem. Plan Toy nie by� dobry, powi�d� si� bardziej dzi�ki
szcz�ciu ni� przemy�lno�ci. U nasady p�wyspu wielki k��b wodorost�w wytoczy�
si� daleko od wody, pokrywaj�c drzewo prochowe. Zgi�� je wp� samym swym
ci�arem i rozgorza�a walka na �mier� i �ycie. Male�kie istoty ludzkie
przebieg�y obok, zmykaj�c pod os�on� wysokiego perzu. Dopiero wtedy zdali sobie
spraw�, �e nie ma w�r�d nich Grena.
nast�pny |
|